Tryb dzień/noc: 
Pomóż Biance!

Rozkładałam karty i zbyt dużo widziałam

karty-tarotaKilka lat temu dostałam karty tarota. Najpierw nie interesowałam się nimi, ale po jakimś czasie zaczęłam czytać książki na temat wróżenia. Źle się to wszystko skończyło… (oto fragment listu, który otrzymaliśmy od czytelniczki).

Na piętnaste urodziny dostałam od babci oryginalny prezent – talię kart tarota. Jakoś mnie nie zainteresowały, rzuciłam je na półkę i długo leżały tam bezużytecznie. Dopiero trzy lata później obejrzałam w telewizji jakiś program na temat tarota. Potem kupiłam specjalną książkę i kilka gazet i zaczęłam uczyć się odczytywać przyszłość z kart. Swoje umiejętności ćwiczyłam najpierw na mamie.

Z poważną miną prorokowałam jej wielką wygraną, szaloną podróż i niespodziewaną propozycję pracy. Śmiechu było przy tym co niemiara, bo traktowałyśmy to jako świetną zabawę. Ja jednak zaczęłam się interesować tarotem coraz bardziej. Odwiedzałam starszą panią, o której w naszym miasteczku mówiono, że jest wróżką. Polubiła mnie i sporo opowiedziała mi o tarocie. Dużo się od niej nauczyłam. Przeczytałam też wiele poradników i po jakimś czasie nauczyłam się bez żadnych ściąg odczytywać znaczenie kart. Zauważyłam też, że ich układ nie jest przypadkowy. A jednak ciągle nie wierzyłam, że mogłabym naprawdę zacząć wróżyć z kart.

Kiedy miałam dwadzieścia lat, umarła pani Marianna, ta starsza wróżka. Odziedziczyłam po niej starą talię kart tarota. Zostawiła mi też list, w którym napisała, że to wyjątkowe karty, i że powinny mi dobrze służyć. Od tamtej pory właśnie ich używałam do wróżenia. Pewnego dnia przepowiedziałam mamie chorobę. Niedługo potem, podczas badań okresowych, okazało się, że mama rzeczywiście ma poważne problemy z tarczycą i musi wyjechać do sanatorium. – Może to przypadek… – powiedziałam, niepewnie patrząc na mamę. – Może – wzruszyła ramionami. Kilka dni później postawiłam karty sobie. Rzadko to robiłam, ale wtedy poczułam potrzebę. Z kart wyszło, że czeka mnie wielka zmiana. Najpierw miałam przeżyć wstrząs, ale potem wszystko powinno się ułożyć… Była to bardzo ogólna wróżba, właściwie nie zaprzątałam nią sobie głowy. Minął może tydzień, gdy kierownik sklepu, w którym pracowałam, wezwał mnie do swojego pokoju.Oskarżył o wielokrotną kradzież ubrań i zwolnił. Usiłowałam protestować, ale mnie nie słuchał. Kazał mi się wynosić. Wróciłam do domu zapłakana, załamana… Taki wstyd! I taka niesprawiedliwość… Mama pocieszała mnie, ale ja ciągle czułam się fatalnie. Minęły trzy tygodnie, a ja ciągle siedziałam w domu. Któregoś popołudnia ktoś zapukał do drzwi. Kiedy otworzyłam, zobaczyłam jakiegoś obcego faceta. Powiedział, że jest nowym szefem sklepu, w którym pracowałam. Przyjechałem, żeby mnie przeprosić. Wyjaśnił, że od miesięcy ze sklepu ginęły drogie rzeczy. I że po krótkim dochodzeniu właścicielki wyszło na jaw, kto faktycznie kradnie… Był to poprzedni kierownik! Człowiek, który mnie zwolnił! A teraz ten, nie dość, że mnie przepraszał, to jeszcze proponował mi stanowisko zastępcy kierownika!

Oczywiście zgodziłam się. Kiedy mężczyzna wyszedł, przypomniałam sobie, co mi przepowiedziały karty… Najpierw wstrząs, a potem wszystko się ułożyło. Zdziwiłam się i… przestraszyłam jednocześnie. Ale od tego czasu zaczęłam częściej sięgać po karty. To zdumiewające, lecz w większości przypadków moje prognozy okazywały się trafne. A tamtego feralnego wieczoru miałam wyjątkowo dużo chętnych. Razem z koleżankami urządziłyśmy sobie „babskie spotkanie”. Dziewczyny nalegały, żebym im powróżyła. Nie musiały mnie długo namawiać. Wzięłam tarota i każdej po kolei zaczęłam przepowiadać najbliższą przyszłość. Większość wróżb była zwyczajna: kłótnia z rodzicami, spotkanie z ukochanym, wyjazd… Dopiero kiedy układałam karty dla Kasi, przestraszyłam się. Za pierwszym razem nie chciałam wierzyć w to, co zobaczyłam. „Pewnie się pomyliłam”, pomyślałam. Zebrałam karty, przetasowałam i zaczęłam rozkładać jeszcze raz. Niestety, za drugim razem układ kart wyszedł identyczny! Podobnie w trzecim, kiedy sięgnęłam po swoje stare karty, a te odziedziczone po wróżce odłożyłam… Przeraziłam się, bo ujrzałam śmierć. Nie wiedziałam, co zrobić.

Powiedziałam jej, że z kart nie wychodzi nic nadzwyczajnego, że powinna zagrać w totolotka i inne podobne bzdury. A jednak to, co zobaczyłam w kartach, nie dawało mi spokoju. Wyraźnie wskazywały na to, że Kasię czeka śmierć. Nie żadna nagła, wypadek, tylko ciężka choroba i po niej… śmierć. Po powrocie do domu opowiedziałam o wszystkim mamie. Ona także się przestraszyła, ale pocieszyła mnie, że dobrze zrobiłam i że przecież jeszcze wszystko się może zmienić. Zapomniałam o Kasi. Po jakichś dwóch miesiącach mama wpadła do domu zapłakana. Zapłakana powiedziała że, u Kasi wykryto białaczkę. Choroba jest już w bardzo zaawansowanym stadium i zostało jej tylko kilka miesięcy życia.  Rzeczywistość okazała się okrutna. Moja przyjaciółka była naprawdę poważnie chora… Leżała w szpitalu, a ja odwiedzałam ją tak często, jak mogłam. Widziałam, jak z dnia na dzień marnieje, słabnie… I miałam ogromne wyrzuty sumienia, że zataiłam przed przyjaciółką to, co zobaczyłam w kartach. „Ale z drugiej strony”, myślałam, „nawet gdybym jej powiedziała, czy zdołałybyśmy zmienić przeznaczenie? Kasia musiała przecież chorować od dłuższego czasu, więc ta wróżba niczego by nie zmieniła”. Gdy kilka dni przed śmiercią przyjaciółki odwiedziłam ją w szpitalu, nie miałam pojęcia, jak się z nią pożegnać. Jakich słów użyć, by wyrazić swój żal. Ona wciąż próbowała żartować, pocieszała nas i swoją rodzinę… Zaświtała mi nawet nadzieja, że może jeszcze nie jest za późno i Kasia ma jakąś szansę na wyleczenie. Niestety.

Kiedy odeszła, przeżyłam ciężkie chwile. Umarła tak młodo, ale pogodzona z losem. Do końca była pogodna, a mnie żal ściskał serce. Od tamtego czasu nie stawiam już tarota. Odłożyłam karty na półkę i boję się po nie sięgać. Może lepiej nie znać przyszłości…